Igor Rakowski-Kłos: Mija 50. rocznica strajków i demonstracji, które wybuchły po ogłoszeniu podwyżek cen żywności w czerwcu 1976 roku. Prawie sześć lat wcześniej podobna podwyżka także wywołała protesty, co doprowadziło do odsunięcia od władzy Gomułki. Władza niczego się nie nauczyła?
Paweł Sasanka: Władza była przekonana, że tym razem postępuje inaczej niż w okresie Władysława Gomułki i nie zaskakuje społeczeństwa nagłą decyzją o podwyżkach. Stworzono pozory procedury bardziej demokratycznej. O ile w grudniu ’70 podwyżkę firmowała partia, a zapowiedziano ją w formie komunikatu o decyzji Biura Politycznego, o tyle w 1976 r. partię i Edwarda Gierka niejako „schowano”, a na pierwszy plan wysunięto rząd i premiera Piotra Jaroszewicza, który skądinąd rzeczywiście podejmował kluczowe decyzje o jej założeniach.
24 czerwca wystąpił w Sejmie, przedstawiając projekt zmian, który – jak zapowiadano – miał być następnego dnia przedmiotem dyskusji. Na piątek, 25 czerwca, w największych zakładach zaplanowano konsultacje z aktywem, natomiast w sobotę Sejm miał podjąć ostateczną decyzję, de facto zatwierdzając wcześniej ustalony wariant podwyżek. W zamierzeniu władz ten plan miał być dowodem na transparentny tryb działania. W praktyce jednak dla większości było oczywiste, że konsultacje są pozorowane.
Dlaczego ekipie Gierka tak zależało na wprowadzeniu tej podwyżki?
Problemem była chroniczna nierównowaga na rynku artykułów spożywczych. Wynikała ona przede wszystkim z tego, że przy rosnących dochodach ludności i jednocześnie utrzymywanych na stałym poziomie cenach żywności znaczna część dodatkowych środków była przeznaczana właśnie na konsumpcję artykułów spożywczych. Jest to zjawisko typowe dla społeczeństw relatywnie ubogich, w których wzrost dochodów w pierwszej kolejności przekłada się na zwiększenie wydatków na żywność. Mechanizm ten dodatkowo pogłębiał istniejącą nierównowagę rynkową.
Władze komunistyczne nie znały innych narzędzi przywracania równowagi niż administracyjne podwyżki cen, których celem było ograniczenie popytu. Był to mechanizm stosowany od czasów stalinowskich: podwyżki wprowadzano nagle, aby zaskoczyć społeczeństwo i ograniczyć możliwość reakcji. Jaroszewicz uległ przekonaniu, że stopniowe podnoszenie cen jest politycznie ryzykowne i mniej skuteczne.
Konieczność podwyżek pokazała, że mimo wysokich nakładów inwestycyjnych polska gospodarka nie nadąża za społecznymi aspiracjami konsumpcyjnymi?
Gdy Gierek obejmował władzę, obiecał szybki rozwój gospodarczy oraz znaczącą poprawę poziomu życia. Oba te cele opierały się jednak na kruchych fundamentach. Wzrost gospodarczy był w dużej mierze efektem napływu kapitału zagranicznego w postaci kredytów, które przeznaczano na inwestycje przemysłowe. Model ten zakładał zakup zachodnich licencji, budowę nowych zakładów oraz eksport w celu spłaty zadłużenia. W praktyce jednak polska gospodarka pozostawała strukturalnie nieefektywna. Już wcześniej Gomułka dostrzegał ograniczenia tego modelu i próbował je przezwyciężyć poprzez tzw. strategię selektywnego rozwoju.
Podwyżkom cen miały towarzyszyć rekompensaty. Im ktoś zarabiał więcej, tym większe miał otrzymać wyrównanie. Powszechnie zostało to odebrane jako niesprawiedliwe.
Władze stale wykorzystywały ideę równości społecznej, przedstawiając ją jako jedną z podstawowych wartości nowego ustroju. W połowie lat 70. znaczna część społeczeństwa w zasadzie przyjmowała model państwa opiekuńczego, ale i kontrolującego znaczną część życia obywateli.
Postawy te znajdują odzwierciedlenie w wynikach badań przeprowadzonych przez Instytut Filozofii i Socjologii PAN oraz Instytut Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu. Przeprowadzono je – uwaga! – nie przed podwyżką, ale w lipcu 1976 r., gdy mleko się rozlało. Okazało się, niemal 60 proc. badanych rozumiało potrzebę podniesienia cen, aż 63,4 proc. opowiedziało się za rozłożeniem podwyżki na raty, a tylko 24,3 opowiadało się za utrzymaniem cen bez zmian. Na pytanie, jak zrekompensować podwyżki, aż 79,8 proc. wybrało odpowiedź: „bardziej zwiększyć płace ludziom mniej zarabiającym, a mniej ludziom więcej zarabiającym”. Tylko 10 proc. opowiedziało się za zwiększeniem płac wszystkim o jednakową kwotę, a 5,2 proc. za zwiększeniem płac o jednakowy procent zarobków. Tymczasem rekompensaty, jakie zapowiedział Jaroszewicz, przewidywały wypłatę 240 zł dla osób zarabiających poniżej 1300 zł i 600 zł dla zarabiających ponad 6000 zł. Oznaczało to, że osoby zarabiające mniej otrzymywały większą procentowo rekompensatę (20 proc.) w stosunku do osób zarabiających więcej (8,3 proc.), jednak robotników interesowały konkretne kwoty, a z opublikowanych tabel wynikało, że ludzie zarabiający najmniej otrzymywali dwukrotnie mniej niż zarabiający najwięcej.
Jakie grupy społeczne skorzystały z takiej formy rekompensat?
Na ostatniej prostej rekompensatę dla najlepiej zarabiających podniesiono z 500 do 600 pod naciskiem „aktywu”, czyli grupy której rękami partia posługiwała się w czasie „operacji cenowej”. Jaroszewicz tłumaczył to tak: „Byli towarzysze, którzy uważali tę koncepcję za niesłuszną, bo pracowali dużo i wysoko wydajnie”.
Czy podwyżki były konsultowane z Moskwą?
Docierające do Moskwy pierwsze informacje, że polska ekipa przygotowuje się do wprowadzenia podwyżki cen żywności, wywołały tam skojarzenia z kryzysem z grudnia 1970 r. Na Kremlu obawiano się, że Gierek podąża tą samą drogą co Gomułka, kilkukrotnie przekazywano do Warszawy sygnały świadczące o zaniepokojeniu. W przeddzień operacji do Moskwy w tajemnicy poleciał Jaroszewicz, spotkał się z premierem Aleksiejem Kosyginem i pokazał mu dokumentację tej podwyżki.
Kosygin powiedział: „Chcecie podjąć decyzję politycznie niebezpieczną, a ekonomicznie nieskuteczną. Czy zapomnieliście o grudniu 1970? Następnie jako ekonomista dokonał kilku obliczeń i stwierdził, że w projekcie popełniono szereg błędów. Był przekonany, że rachunki rekompensat „są zrobione niedbale, więc każdy zobaczy, że to jakieś oszustwo”. Uwagi z Moskwy zostały jednak zignorowane, z wiadomym skutkiem.
Skuteczne za to okazały się interwencje z Kremla, gdy tam się zorientowano, że polskie władze chcą spróbować ponownie. Otóż pod koniec czerwca w Berlinie odbyła się konferencja europejskich partii komunistycznych. Do powrotu Gierka przygotowania do nowej próby podniesienia cen zostały zakończone. W czasie pierwszego spotkania Leonid Breżniew pocieszał Gierka i pochwalał decyzję o wycofaniu się z podwyżki. Gdy zorientował się, że polscy towarzysze chcą operację przeprowadzić jeszcze tego samego dnia poprosił Gierka o rozmowę w cztery oczy. Gierek wrócił z niej bardzo zdenerwowany i długo rozmawiał ze współpracownikami.
Z relacji Andrzeja Werblana wynika, że usłyszał: „Nie zapominajcie o 1970 r. Żadnych dalszych prób podwyższania cen. To nie jest nasza rada, to jest nasze stanowisko". Gierek był wściekły. „W łeb brało całe misternie budowane partnerstwo. Breżniew potraktował swego przyjaciela brutalnie” - wspominał Werblan. W tej sytuacji polskim towarzyszom pozostało już tylko wycofać się rakiem.
Zwołali wielki wiec w katowickim Spodku, pod hasłem „Z ludźmi i dla ludzi”. Gierek wystąpił tam w roli ojca narodu, wygłosił pojednawcze przemówienie i został nagrodzony owacją. Ten propagandowy triumf maskował porażkę - skoro podwyżka cen była wykluczona, od tego momentu władze musiały uciekać się do półśrodków. Jeszcze latem ogłoszono wprowadzenie kartek na cukier, a w 1977 r. ogłoszono tzw. manewr gospodarczy, sprowadzający się do próby przyhamowania frontu inwestycyjnego. Nic to jednak nie dało.
Radom, Ursus i Płock to największe ogniska protestów. Dlaczego?
25 czerwca od rana do centrali MSW zaczęły napływać informacje o tym, co działo się już podczas nocnych zmian w zakładach przemysłowych po przemówieniu Jaroszewicza. Dotyczyły one „przerw w pracy”, bo unikano używania słowa strajk. Informacje takie docierały m.in. z Warszawy, z Wybrzeża. Około godziny 10 stało się jasne, że najbardziej zapalnym punktem jest Radom. Równocześnie niebezpieczna sytuacja rozwijała się w Ursusie, gdzie protestujący wyszli na tory.
Jeśli zaś pytać, co łączyło takie miasta jak Radom, czy Płock, gdzie z Mazowieckich Zakładach Rafineryjnych i Petrochemicznych po zakończeniu pierwszej zmiany ruszył pochód do centrum miasta, to przede wszystkim fakt, że nie były to największe ośrodki przemysłowe.
Było to dla władz dużym zaskoczeniem?
Władze spodziewały się raczej protestów na Wybrzeżu, w Warszawie, ewentualnie na Śląsku. Tymczasem ludzie wyszli na ulice w mniejszych ośrodkach, co wymusiło przerzucanie tam dodatkowych sił milicyjnych, m.in. ze Szczytna.
Kolejną lekcją, którą władze wyciągnęły z grudnia 1970 r. było to, by dużych miastach oraz największych ośrodkach przemysłowych żyło się nieco lepiej niż w mniejszych ośrodkach, co wyraźnie widać na przykładzie zaopatrzenia sklepów. Jest wiele relacji mówiących o tym, jak ciężko żyło się w Radomiu, jak kiepskie było zaopatrzenie sklepów. Niektórzy mieszkańcy wspominają, że pierwsze w życiu banany zobaczyli dopiero w czasie wizyty u rodziny na Śląsku lub w Warszawie.
Między stoczniowcami - często wykwalifikowanymi specjalistami a pracownicami takich zakładów jak radomski "Radoskór" istniały znaczące różnice, obejmujące nie tylko poziom wynagrodzeń. Podwyżka cen była szczególnie bolesna dla robotników w takich mniejszych ośrodkach.
Czy kobiety brały udział w protestach?
Na pierwszych zdjęciach operacyjnych wykonanych przez Służbę Bezpieczeństwa dokumentujących strajk w Zakładach Metalowych im. gen. Waltera w Radomiu widać kobiety w robotniczych fartuchach stojące i dyskutujące w grupkach przed halami. To właśnie kobiety w rodzinach robotniczych odpowiadały za domowe budżety i one jako pierwsze wiedziały, co ta podwyżka będzie oznaczała w praktyce. I to one pociągnęły za sobą robotników: mężów, synów, braci. Na zdjęciach z Radomia widać zresztą wyraźnie, że kobiety były równoprawnymi uczestniczkami protestu.
Czy protestujących spotkały represje ze strony władz?
Represje po Czerwcu ’76 robią wrażenie dobrze naoliwionego mechanizmu. Zaczęło się od bicia zatrzymanych na tzw. ścieżkach zdrowia - zarówno w Radomiu, w Komendzie Wojewódzkiej MO, w aresztach, do których przewożono zatrzymanych demonstrantów. Do podobnych praktyk dochodziło także w Warszawie. Są dziesiątki relacji i zeznań, które ofiary pobić złożyły po latach przed prokuratorami IPN.
W działalności kolegiów do spraw wykroczeń świetnie widać arbitralność władz w karaniu uczestników protestów. Początkowo kolegia orzekały wyłącznie kary grzywny wobec osób, które wcześniej nie miały problemów z prawem. Kiedy władze zorientowały się, że kary są zbyt łagodne, w Komitecie Centralnym odbyła się narada przedstawicieli instytucji odpowiedzialnych za politykę karną i wkrótce ci sami ludzie ponownie stanęli przed kolegiami, co oznaczało złamanie procedury i otrzymywali niemal bez wyjątku kary trzech miesięcy aresztu. W Radomiu sądy karały w trybie przyspieszonym, później odbyły się procesy mające charakter pokazowy.
Jeśli porównać odsetek ukaranych uczestników protestów w Poznaniu w Czerwcu ’56, na Wybrzeżu w Grudniu ’70 i w Radomiu w Czerwcu ’76, to – co może wydać się zaskakujące – najwyższy był on właśnie w przypadku protestów z 1976 roku. O ile wkrótce po buntach w Poznaniu i na Wybrzeżu doszło do zmiany ekip rządzących, a same protesty zostały niejako zrehabilitowane, o tyle nic takiego nie miało miejsca po 1976 r. W końcu to w procesach radomskich zapadły wyroki sięgające 10 lat więzienia. Było to coś szokującego w zestawieniu z dotychczasowym, względnie liberalnym wizerunkiem Edwarda Gierka.
Czy mimo to protesty z czerwca 1976 roku można uznać za robotnicze zwycięstwo?
W popularnej narracji o Czerwcu ’76 dominuje pewien schemat: robotniczy protest, brutalne represje, a następnie powstanie Komitetu Obrony Robotników, czyli środowiska inteligenckiego pomagającego represjonowanym robotnikom. Staram się podkreślać coś innego: że w ciągu jednego dnia, dzięki skutecznemu protestowi, robotnicy odnieśli zwycięstwo. Owszem, zapłacili za niego później cenę -zwłaszcza ci, którzy byli bici na tzw. ścieżkach zdrowia czy stanęli przed kolegiami i sądami - niemniej skala ofiar była nieporównywalnie mniejsza niż w Grudniu ’70. Na pewno warto więc mówić nie tylko o represjach, lecz także o sukcesie robotników.
Bardzo często historia PRL-u przedstawiana jest jako ciąg kolejnych buntów: 1956, 1968, 1970, 1976 i wreszcie rewolucja „Solidarności”. Można opowiadać wręcz o specyficznej polskiej drodze przez socjalizm szlakiem strajków, buntów i manifestacji. Taka narracja ma jednak znaczące skutki uboczne: pomija codzienne doświadczenie kilku pokoleń Polaków: ludzi, którzy nie tylko się buntowali, ale po prostu żyli w tym systemie. Nie możemy o nich zapominać.
Dr Paweł Sasanka – historyk, adiunkt w Ośrodku Badań nad Totalitaryzmami w Instytucie Pileckiego. Autor pierwszego całościowego opracowania kryzysu z Czerwca 1976 r. „Czerwiec 1976. Geneza, przebieg, konsekwencje” (2006). Były pracownik IPN (2001–2024). Kończy pracę nad książką na temat odwilży i przełomu 1956 roku: „1956. Kryzys systemu władzy i przebudzenie społeczeństwa”.