Środa 18 luty
Konstancji, Maksyma, Wiaczesława

Oświadczenie Michał Siejaka, rannego po meczu Radomiak - Korona

cis 2026-02-18 15:24:00

Dziś dyrektor marketingu i komunikacji Korny Kielce, Michał Siejak opublikował w swoich mediach społecznościowych oświadczenie, po tym jak w ostatni piątek, po meczu Radomiak - Korona Kielce został ranny w głowę, butelką rzuconą z trybun. Poniżej cytujemy je w całości. Dziś też o godz. 17 zbiera się Komisja Ligi i po jej posiedzeniu poznamy konsekwencje jakie poniosą kluby. 
 

Michał Siejak

autor: facebook.com/msiejak

Od niemal 20 lat moje życie zawodowe związane jest ze stadionami PKO Bank Polski Ekstraklasa i innych wydarzeń sportowych. Najpierw odpowiadałem za realizację wideo w Koronie Kielce, później pracowałem w Canal+, dziś pełnię funkcję dyrektora. W tym czasie uczestniczyłem w setkach wydarzeń sportowych różnego szczebla.

Akredytacje z meczów Ligi Mistrzów, Premier League, El Clásico, finałów NBA czy tenisowych turniejów WTA wydawały się dla mnie najcenniejsze. Nie przypuszczałem jednak, że to akredytacja z meczu Radomiak - Korona będzie miała dla mnie wymiar najbardziej szczególny.

O piątkowych wydarzeniach napisano już bardzo wiele. Pojawiają się kolejne nagrania i nowe wątki, wskazujące na następne incydenty oraz nieprawidłowości, które nie powinny mieć miejsca podczas meczu PKO BP Ekstraklasy.
Chciałbym wypowiedzieć się jako osoba szczególnie poszkodowana w tym spotkaniu - przedstawić swoją perspektywę oraz odnieść się do stanowiska klubu RKS Radomiak Radom.

Opublikowane przez radomski klub komunikaty zawierają elementy typowe dla sytuacji kryzysowych - potępienie przemocy, przeprosiny, informacje o konsekwencjach wobec sprawców oraz o sprawności podjętych działań. Nie kwestionuję potrzeby takich oświadczeń.

Trzeba jednak jasno powiedzieć: są to działania następcze - podejmowane już po tym, jak doszło do poważnych naruszeń bezpieczeństwa.

Z mojej perspektywy - osoby, która została uderzona szklaną butelką w głowę - zasadnicze pytanie nie dotyczy tego, czy sprawców zidentyfikowano i czy reakcja klubu była szybka po fakcie. Kluczowe jest to, jak wyglądało zabezpieczenie wydarzenia w trakcie jego trwania oraz czy organizator dołożył należytej staranności, aby w ogóle nie dopuścić do sytuacji, w której osoby nieuprawnione swobodnie wtargnęły na murawę, a z trybun wielokrotnie rzucano niebezpieczne przedmioty w kierunku zawodników, członków sztabu i pracowników klubu.

Odpowiedzialność organizatora imprezy masowej nie kończy się na wydaniu komunikatu i nałożeniu zakazów stadionowych. Zaczyna się ona na etapie planowania i realnego zabezpieczenia wydarzenia. Jeżeli procedury działałyby skutecznie - nie byłoby potrzeby nikogo przepraszać.

Skoro mowa o przeprosinach - w swoim oficjalnym oświadczeniu klub użył sformułowania o „szczerych przeprosinach” wobec mojej osoby. Szczerość weryfikuje się poprzez realne, bezpośrednie działania - nie tylko publiczne komunikaty, lecz zwykłe, ludzkie gesty.

Do dziś - czyli niemal tydzień od zdarzenia - nikt z klubu RKS Radomiak Radom nie podjął wobec mnie żadnej próby kontaktu. Nie było telefonu, nie było spotkania, nie było osobistego wyrażenia troski. Dyrektor klubu przyjeżdża na mecz jako gość delegacji, zostaje raniony, spędza noc w radomskim szpitalu - i ze strony gospodarza nie pojawia się nawet podstawowa próba rozmowy, nie mówiąc już o bezpośrednim spotkaniu.

Tego faktu nie da się zastąpić żadnym komunikatem.

Jedyną osobą, która realnie zaproponowała mi pomoc, był jeden z przedstawicieli radomskich mediów - za co bardzo dziękuję. Ogromny szacunek również dla członka sztabu Radomiaka, który po meczu przyszedł pod szatnię naszego zespołu i osobiście przeprosił za zaistniałe sytuacje. Brawo dla kapitana Radomiaka Radom, Rafała Wolskiego, który nie kalkulując, nie czekając na oficjalne klubowe komunikaty i wydał własne oświadczenie jeszcze w dzień meczu.

Dziękuję także wszystkim kibicom Radomiaka, którzy w internecie przepraszali za to, co się wydarzyło i wyrażali wstyd. To pokazuje, że odpowiedzialność i klasa nie zawsze idą w parze z formalnymi stanowiskami instytucji.

Klub w swoim komunikacie wskazał, że „organizacja meczu odbywała się zgodnie z obowiązującymi przepisami oraz standardami rozgrywek PKO BP Ekstraklasy”. Od niemal 20 lat pracuję przy Ekstraklasie i nigdy w tym czasie nie spotkałem się z tak dużą liczbą osób nieuprawnionych przebywających na murawie po zakończeniu spotkania, z rzucaniem szklanych butelek z taką regularnością oraz z tak wrogim zachowaniem wobec drużyny i oficjalnej delegacji klubu gości.

Potencjalnych dramatycznych zdarzeń mogło być znacznie więcej. Przykładem jest sytuacja, w której na murawie znalazła się niemal 90-letnia legenda Radomiaka - Pan Zdzisław Radulski - poruszający się o lasce, znajdujący się bezpośrednio przy eskalującym zamieszaniu. Tylko przytomność zawodnika Korony, Bartłomieja Smolarczyka, sprawiła, że został objęty opieką i odsunięty od napierającej grupy.

Warto podkreślić, że mecz odbywał się bez udziału kibiców gości. Oznacza to, że organizacyjnie i logistycznie zabezpieczenie wydarzenia powinno być - przynajmniej teoretycznie - prostsze niż w przypadku standardowego meczu z obecnością obu grup kibiców.

W tym kontekście pojawia się zasadnicze pytanie: jaki status miała ta impreza masowa?
Czy był to mecz o podwyższonym ryzyku, czy też - po decyzji o zakazie udziału kibiców gości - zmieniono jego kwalifikację na wydarzenie o zwykłym ryzyku?

Jeżeli dokonano zmiany kwalifikacji, to jakie czynniki o tym przesądziły? Ocena realnego zagrożenia czy inne względy, np. ekonomiczne? Czy analiza ryzyka przeprowadzona na etapie planowania zabezpieczenia meczu uwzględniała historię tej rywalizacji oraz potencjalne napięcia, które - jak pokazał piątkowy wieczór - były całkowicie realne? 
To są właśnie pytania, na które organizator powinien udzielić jasnych i merytorycznych odpowiedzi.

Z niepokojem obserwuję również próby przenoszenia ciężaru odpowiedzialności na podmioty zewnętrzne - w szczególności na pracowników ochrony - zamiast jednoznacznego przyjęcia odpowiedzialności przez organizatora wydarzenia. Odpowiedzialność za bezpieczeństwo imprezy masowej spoczywa na organizatorze i nie może być rozmywana poprzez wskazywanie pojedynczych wykonawców czy podwykonawców.

Niepokoi mnie także koncentrowanie uwagi na roszczeniach klubu wobec jednostek, przy jednoczesnym braku realnej refleksji nad własnymi działaniami. Wreszcie - próby oceniania i podważania fali publicznej krytyki nie powinny zastępować rzetelnej analizy przyczyn zdarzeń. W sytuacji, w której doszło do poważnego naruszenia bezpieczeństwa, rolą organizatora jest wyjaśnienie okoliczności i przyjęcie odpowiedzialności - nie polemika z opinią publiczną.

Już dziś odbędzie się posiedzenie Komisji Ligi i zapadnie decyzja PKO BP Ekstraklasy w sprawie wydarzeń w Radomiu. Każdy klub w takiej sytuacji broni swoich interesów, to naturalne. Panowie Sławomir Stępniewski oraz Pan Grzegorz Gilewski z pewnością wykorzystają wszystkie dostępne kontakty, aby złagodzić konsekwencje dla swojego klubu. Potencjalne kary mogą wiązać się bowiem z poważnymi skutkami finansowymi. Jednak odpowiedzialność za organizację imprezy masowej obejmuje również konsekwencje jej nieprawidłowego zabezpieczenia.

Nie jestem osobą, która powinna sugerować wymiar kary. To rola odpowiednich organów. Chciałbym jednak odnieść się do często powtarzanego argumentu o „odpowiedzialności zbiorowej za czyny jednostek”.
Z pełną odpowiedzialnością mówię: to nie były wyłącznie pojedyncze ekscesy. 

Mnogość poważnych naruszeń po zakończeniu meczu to jedno. Drugie to atmosfera, która towarzyszyła temu spotkaniu przez całe 90 minut i po jego zakończeniu.

W momencie, gdy schodziłem z murawy z krwawiącą głową w asyście sanitariuszy, z trybun padały okrzyki „Wyp…!”. Nie były to pojedyncze głosy. Był to wyraźny, donośny przekaz płynący ze stadionu.

Czy standardem PKO BP Ekstraklasy powinny być sytuacje, w których delegacja klubu gości przez całe spotkanie doświadcza agresji słownej i zachowań przekraczających granice elementarnego szacunku? 

Czy permanentna wrogość wobec drużyny przez 90 minut, połączona z późniejszymi fizycznymi incydentami czy obrzucaniem autokaru drużyny gości może być sprowadzana wyłącznie do „czynów jednostek”?

To była atmosfera obejmująca znaczną część stadionu. My po prostu nie czuliśmy się tam bezpiecznie. Po opatrzeniu przez sanitariuszy realnie zastanawiałem się, czy zostać w radomskim szpitalu na noc, czy jak najszybciej wracać do Kielc - mimo niebezpiecznego urazu głowy. Sam fakt, że taka myśl pojawia się u pracownika uczestniczącego w meczu PKO BP Ekstraklasy, powinien być wystarczającym sygnałem alarmowym.

Na koniec pozostaje pytanie zasadnicze. Co jeszcze musiałoby się wydarzyć, aby uznać, że standardy bezpieczeństwa zostały naruszone w największym, możliwym zakresie?

Rzut szklaną butelką w głowę, wtargnięcia na murawę i naruszenie nietykalności zawodników to sygnały alarmowe najwyższego stopnia. To punkt, w którym należy działać stanowczo - zanim wydarzy się coś, czego nie da się już cofnąć, wytłumaczyć ani przeprosić.

Przez niemal 20 lat pracy przy Ekstraklasie nie miałem wątpliwości, że stadion jest miejscem rywalizacji sportowej - nie zagrożenia.

Chciałbym, aby tak pozostało.

Komentarze naszych czytelników

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Dodaj komentarz

Nie przegap